• Gościnne występy: „Rap to jazz w dresie” – wywiad z Eldo

    przez  • 29 września 2012 • Filmy, Kultura, Multimedia, Wydarzenia, Wywiady • 1 Komentarz

    Zdajemy sobie sprawę, że od tygodnia Polska szaleje na punkcie filmu Leszka Dawida „Jesteś Bogiem”. Historia Paktofoniki, tragicznej śmierci Magika i chyba trzeba powiedzieć ogólniej – pierwszych 10 lat wolnej Polski – podbija sale kinowe. Nagle okazało się, że 3/4 narodu słuchało PFK, „Chwile ulotne” wszyscy znają na pamięć, a Facebook zalewa fala mniej lub bardziej wyszukanych żartów z nagłej zajawki na Paktofonikę. Tymczasem Magdalena Cholewa i Emil Kopański z Tygodnika OKO – na przekór. Zamiast przepytać na okoliczność premiery filmu Fokusa i Rahima, wybrali się na rozmowę z liderem nie mniej legendarnej ekipy Grammatik. „Powinnaś”, „Chodź ze mną”, „Nie pytaj o nią” – to tylko niektóre kawałki Eldo, jednego z najlepszych raperów w Polsce. Leszek Kazimierczak od lat swoją muzyką przyciąga całą rzeszę młodych ludzi i nie tylko. Na jego koncerty przychodzą tłumy, a płyty sprzedają się w tysiącach egzemplarzy. Wszystko to zasługa jego niesamowicie inteligentnych tekstów, do których dochodzą dobre bity oraz sam klimat, który raper tworzy wokół siebie poprzez swoją osobowość. Eldo zawsze bardzo dobrze się słucha, ale i czyta. Co sądzi o filmie „Jesteś Bogiem”, polskim futbolu i pomyśle na festiwal hip-hopowy w Kozienicach? Zapraszamy do lektury.

    – Czy w Twoim życiu były konkretne momenty lub wydarzenia, które ukształtowały Cię muzycznie i stały się impulsem do wstąpienia na drogę rapu?

    – Muzyka w moim domu była obecna od zawsze. Nikt z mojej rodziny nie był jednak muzykiem, a jedyną osobą z tego środowiska, z którą miałem kontakt już w dzieciństwie, był Jacek Cygan, który studiował z moim ojcem. Tata słuchał bardzo dużo najróżniejszej muzyki. Byli to najczęściej wykonawcy z USA, typu Paul Anka, Bob Dylan. Jeśli chodzi o polskich artystów, w naszym domu często pojawiała się Republika, czy SBB. Gdy byłem małym kajtkiem uważałem, że wolność w życiu to bardzo istotna cecha bez względu na to, czym się człowiek zajmuje. Zawsze chciałem uprawiać wolny zawód – być lekarzem, komandosem, malarzem lub płetwonurkiem, czyli robić coś, co jest pasją, a nie wynika z konieczności. Przez całą szkołę podstawową słuchałem Depeche Mode, później wyszła zajawka na kawałki gitarowe… Przez to, że jeden kolega na osiedlu miał kablówkę, zobaczyliśmy MTV Raps i zaczęliśmy się zastanawiać, co to za murzyni w wielkich spodniach biegają po podwórku. Okazało się, że to jest strasznie fajne. Na początku lat 90. zaczęliśmy robić coś swojego, ja na początku, całkowicie amatorsko, tańczyłem, a potem zaczął do mnie docierać powstający polski rap. Dokładnie 15 maja 1997 r. zobaczyłem w nieistniejącym już warszawskim klubie Koloseum koncert Rap Day, na którym wystąpiła czołówka składów ze stolicy. Spodobało mi się to na tyle, że powiedziałem sobie – muszę tam kiedyś wystąpić!

    – Zdarza Ci się czasem słuchać kawałków swojego autorstwa?

    – Jedynie w wypadkach, gdy muszę nauczyć się tekstu lub go sobie przypomnieć. W momencie nagrywania płyty słuchasz danego kawałka przez trzy dni. W studio przez godzinę w słuchawkach znów słyszysz tylko to. Przy mixie tego kawałka po raz kolejny masz trzygodzinny seans. Przy masteringu płyty kolejne kilka godzin tej samej muzyki, a na koniec, odsłuchując płyty dziesięć razy, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, słyszysz kawałek kolejne dziesięć razy. I naprawdę, nie masz ochoty słuchać go więcej. Muszę jednak przyznać, że zdarzają się impulsy, w których sięgam po jakiś swój kawałek, bo uświadamiam sobie, że już dawno go nie słyszałem. Nie umiem natomiast w tle słuchać siebie, gdy z kimś gadam. Nie włączyłbym w czasie naszej rozmowy swojego kawałka i wolałbym, żeby żadne z was tego też nie zrobiło.

    – Którą ze swoich płyt uważasz za najlepszą?

    – „Człowiek, który chciał ukraść alfabet”. Pisałem ją w najmilszym okresie życia, wszystko mi wychodziło. Poza tym doskonale układała mi się współpraca z Bitnix, dlatego praca nad tym krążkiem sprawiała mi straszną frajdę. Cenię sobie również teksty, które się na nim pojawiają. Pozwoliłem sobie na odpłynięcie, fajne metafory. Z perspektywy czasu bardzo fajnie to wspominam. Wiem, że dziś bym takich tekstów nie napisał, bo w głowie mam już coś innego, ale „CKCUA” pozostaje moją ulubioną płytą.

    – W jaki sposób popularność wpływa na osobowość i jak to jest w Twoim przypadku?

    – To są rzeczy, na które człowiek sam z siebie jasno i wyraźnie odpowiedzieć nie potrafi, a na pewno nie powinien tego robić. Jeżeli szukamy jednak teorii – popularność wpływa w ogromny sposób na człowieka i go zmienia. Własne ego to bardzo duży motywator do tego, co robimy w życiu i jednocześnie silnik napędowy zarówno wielu kłopotów, jak i fajnych rzeczy. Popularność ma na ego ogromny wpływ. Może ten silnik rozkręcić w bardzo różnych kierunkach.

    – W ostatnich dniach wielkim hitem jest film „Jesteś Bogiem”, traktujący o Paktofonice. Co o nim sądzisz?

    – Jeszcze nie miałem okazji go obejrzeć, widzę jednak duży boom na tę grupę. Ta historia jest opowiedziana dwanaście, a nawet więcej lat po tym, jak się wydarzyła. Dla mnie to czasy, które od dawna już nie istnieją. W tym filmie interesuje mnie tylko i wyłącznie strona artystyczna, bo wiem, że faktograficzna część zagadnienia nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Miałem przyjemność w latach 90. obserwować Kaliber 44 i Paktofonikę z bliska, znaliśmy się osobiście. Często jeździłem na wakacje do Katowic. Słyszałem, że film jest świetny, widziałem kilka scen i byłem bardzo miło zaskoczony, że wreszcie ktoś zrobił w Polsce film fabularny, który zawiera elementy rapu i nie jest to bzdura. A co do nagłej popularności Paktofoniki, zawsze będą ludzie, którzy nagle odkryją swoją miłość do tego zespołu. Ujmę to tak – jeżeli świeci słońce, to nic dziwnego, że każdy chce się przy nim ogrzać. Gdy pojawił się film o Joy Division, na nowo ten zespół stał się popularny, gdy zmarł Michael Jackson, sprzedało się więcej jego płyt, niż za życia. Tak już jest.

    – Niedawno nową płytę wydał Pezet. Zawiera ona elementy dubstepu, co jest innowacyjnym konceptem w rapie. Myślisz, że ten motyw będzie częściej wykorzystywany?

    – Każdy sam wybiera, co chce tworzyć. Jeżeli muzyka, która pojawia się na płycie Pawła będzie dla kogoś inspiracją, żeby powielać jego pomysł, to ten ktoś będzie bałwanem, że powiela czyjś pomysł, bo Paweł zrobił to pierwszy. Mnie nic do tego. Jeżeli ktoś chce rapować pod death metal, czy szum lasu – droga otwarta. Ważne, żeby to czuć. Gdy ktoś potrafi dobrze rapować, będzie to robił niezależnie od formy, a Paweł robi to świetnie.

    – Można spodziewać się Twojego nowego dziecka? Czy wkrótce pojawi się płyta grupy Parias?

    – W chwili obecnej wszyscy pracujemy nad solówkami. Pelson wydaje swoją płytę jesienią, ja zrobię to wiosną. Krążek całej grupy na pewno nie pojawi się w ciągu najbliższych dwóch lat, gdyż wyjeżdżam na rok połazić sobie po dzikich krajach. Do 2014 roku nie ma się więc co spodziewać nowej płyty. Nam się naprawdę nie spieszy, nie musimy za wszelką cenę gonić, aby coś wydać. W bliżej nieokreślonej przyszłości do tego jednak z pewnością dojdzie, bo pracuje nam się razem bardzo dobrze.

    – W jakim klimacie będzie utrzymana Twoja płyta solowa?

    – Nie powiem nic poza tym, że ukaże się wiosną. Nigdy nie opowiadałem o żadnej swojej płycie przed jej wydaniem i tego będę się trzymał.

    – W Kozienicach każdego roku odbywa się festiwal muzyki rozrywkowej. Myślisz, że znalazłoby się na nim miejsce dla sceny rapowej?

    – Nie jestem pewien, czy takie połączenia są dobre. Fajne okazują się wtedy, gdy jest to granie na żywo. Przeskoczenie z muzyki rozrywkowej, czy jazzowej do dwóch gości szwendających się z mikrofonem po scenie wygląda bardzo średnio… Z drugiej strony, w Szwajcarii podczas festiwalu w Montreux odbywa się jeden dzień rapowy. Zresztą Michał Urbaniak przyznał kiedyś, że rap to jazz w dresie.

    – Jak widzisz przyszłość polskiego rapu? Pójdzie w stronę instrumentalną, czy raczej elektroniczną?

    – Obawiam się, że w elektroniczną, bo to jest prostsze. Sampler jest tańszy od gitary i łatwiej go obsługiwać. Z chęcią posłuchałbym jednak zespołów, które grają na żywo, coraz bardziej lubię instrumenty. Jeżeli będzie taka możliwość, sam chciałbym grać na żywo. Starzeję się…

    – Twoją wielką pasją jest piłka nożna. Polski futbol budzi w Tobie emocje?

    – Jasne, w końcu to nasze rodzime podwórko. Aczkolwiek patrząc na popisy naszej reprezentacji, czy klubów występujących w europejskich pucharach, które nie potrafią przejść przez rundy kwalifikacyjne, można zwątpić. A przecież wystarczy skopiować system, który wdrożyli Francuzi w latach 90. Stworzono w Clairefontaine centralny ośrodek szkoleniowy, internat dla stu dzieciaków i mieli młody, kapitalny narybek. Niemcy opierają reprezentację na graczach wychowanych w lokalnych klubikach, którzy przeszli wszystkie szczeble. Jeżeli nie potrafimy wymyślić własnego systemu szkolenia, to skopiujmy zagraniczny, który przynosi efekty.

    – Waldemar Fornalik to właściwy facet na właściwym miejscu?

    – Tak. Skoro w Ruchu Chorzów potrafił zbudować zespół z gości, którzy w piłce nic wcześniej nie osiągnęli i zrobić z nimi wicemistrzostwo Polski, to znaczy, że jest dobrym szkoleniowcem. Jeżeli będzie potrafił odeprzeć ataki i być odpornym na podejścia managerów, którzy kręcą się przy reprezentacji, da sobie radę. Powołanie Marka Saganowskiego do kadry to bardzo odważny krok, który uważam za bardzo słuszny, bo to napastnik w gazie. Tym bardziej, że Robert Lewandowski ma wyraźny kryzys formy w reprezentacji, nie może się przełamać.

    – A w Borussii Dortmund nie ma problemów ze strzelaniem…

    – Mówi się, że polscy piłkarze są pewnymi punktami swoich zagranicznych, mocnych klubów. Ale kurczę – oni nie decydują o grze danego zespołu! Zawodnicy typu Jakub Błaszczykowski, czy Sławomir Peszko to typy zadaniowców, którzy mają jasno wytyczony cel do wykonania. Jedynym polskim zawodnikiem, który potrafi zadecydować o wyniku, jest właśnie Lewandowski. Liga niemiecka kompletnie mnie nie interesuje, ale jak Robert zaczął strzelać bramki, włączyłem sobie kompilację jego goli. I muszę powiedzieć, że gdybym był Alexem Fergusonem – brałbym gościa od ręki. Ale to jedyny taki polski piłkarz. To za mało. Przepaść widać porównując choćby dwóch graczy występujących na pozycji defensywnego pomocnika – weźmy Mariusza Lewandowskiego i Andreę Pirlo. Pierwszy ma łamać nogi, a drugi, gdy dostaje piłkę, widzi ośmiu zawodników i osiem wariantów rozegrania akcji. I o czym tu rozmawiać?

    Rozmawiali Magdalena Cholewa i Emil Kopański.

    Wywiad ukazał się w Tygodniku OKO.

    Komentarze

    O serwisie

    Jesteśmy grupą niezależnych dziennikarzy, której sprawy Kozienic nie są obojętne. Z uwagą śledzimy lokalną politykę, przyglądamy się problemom z jakimi borykają się nasza rodzina, sąsiedzi i znajomi. Cieszymy się z sukcesów sportowych i wkurzamy z powodu dziurawych ulic. Nie mamy sformalizowanej redakcji. Zajmujemy się różnymi rzeczami, a ten serwis jest naszą oddolną inicjatywą. Jest tworzony przez kozieniczan i dla kozieniczan.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *