• „Trzeba mieć w sobie trochę z człowieka”. Przeczytaj szczery wywiad z Grzegorzem Seremakiem, legendą kozienickiej piłki nożnej!

    przez  • 28 sierpnia 2013 • Wydarzenia, Wywiady • 8 komentarzy

    Tydzień temu niespodziewanie opuścił Energię Kozienice, ale nie zawiesił jeszcze korków na kołku. Swoją przygodę z piłką kontynuuje w Stanisławicach, jako grający trener. W specjalnej, obszernej rozmowie z Wirtualnymi Kozienicami opowiada o rozstaniu z Energią, napisach na murach na swój temat, porozumieniu pomiędzy kozienickimi klubami, szkoleniu młodzieży, a także o meczu pożegnalnym, który sam sobie zorganizuje oraz o… zaginionym sprzęcie piłkarskim. Tylko u nas szczery wywiad z Grzegorzem Seremakiem, legendą kozienickiej piłki nożnej!

    Ta informacja zaskoczyła wszystkich kibiców, więc zacznijmy od transferowej bombki, która wybuchła kilka dni temu. Skąd wziąłeś się w KP Stanisławice? To przystanek na drodze powrotu do kozienickiego futbolu, czy zamierzasz zakotwiczyć tam na dłużej?

    Trudno mi w tej chwili powiedzieć, czy to tylko przystanek, czy też początek czegoś zupełnie nowego. W każdym razie traktuję to bardzo poważnie, zresztą jak wszystko, za co się zabieram. Jest tam trochę ludzi z pewnymi umiejętnościami, ale też sporo spraw do ogarnięcia. A jak trafiłem do Stanisławic? W Energii Kozienice stało się tak, jak się stało i było już nieco za późno na jakiekolwiek większe ruchy. Wtedy dostałem propozycję od mojego dawnego kolegi z boiska, Wojtka Starzyka. Myślałem nad nią długo i doszedłem do wniosku, że warto spróbować.

    Podobno pojawiła się także propozycja z MKS Kozienice?

    Tak, była taka oferta. Rozmawiałem z Piotrkiem Nowakiem i gdybym nie otrzymał propozycji z KP Stanisławice, zapewne bym tam zagrał.

    Czym w takim razie wygrał klub ze Stanisławic?

    Może tym, że w Stanisławicach będę miał okazję poprowadzić zespół? Po wydarzeniach w Energii byłem nieco rozdrażniony, chciałem coś zmienić. Taki kaprys.

    I napisy na murach, typu „Seremak judasz” nie miały tu żadnego znaczenia?

    Powiem szczerze, że było mi przykro. Po tylu latach gry w żółto-zielonych, dla których oddałem serce, po tylu bramkach nagle kilku młodych chłopaków, którzy pamiętają tamte czasy albo i nie, wypisuje takie rzeczy. I to po jednym meczu rezerw Energii. 40-letni facet strzela im dwa gole, a potem na murach pojawiają się tego typu napisy. Trudno, stało się. Tak to już jest, gdy w jednym mieście funkcjonują dwa kluby. W każdym razie nie miało to wpływu na mój wybór. Nawet w gronie rodzinnym śmialiśmy się, że może jak przejdę do MKS, to napisy zostaną zamazane? Nie miało to żadnego znaczenia. Obserwowałem mecze tego zespołu w poprzednim sezonie i mam wrażenie, że stracili nieco kibiców. Nie widać tego dopingu, który był wcześniej.

    Twoim zdaniem dwa kluby w tak małym mieście, jak Kozienice mają w ogóle rację bytu?

    Kozienice są bogatym miastem, ale dwa kluby to przynajmniej o jeden za dużo. Trzeba pamiętać, że w gminie funkcjonują jeszcze KP Stanisławice i Megawat Świerże Górne. W efekcie w każdym z nich czegoś brakuje. Gdyby spróbować znaleźć porozumienie, można byłoby stworzyć w Kozienicach jeden klub z dwiema drużynami. Nazwać go po prostu „Kozienice”, czy coś w tym stylu i dziękuję! Nie można jednak ujmować niczego MKS. Kibice chcieli mieć coś swojego, założyli klub i chwała im za to. Miło jest podtrzymywać tradycje.

    Myślisz, że w bliskiej perspektywie możliwe jest takie porozumienie?

    To byłoby najlepsze rozwiązanie. Konieczne byłyby jednak rozmowy pomiędzy zarządami, a tych na razie nie ma. Gdy powstawał KS Kozienice-Janików, za drużyną jeździli kibice, a to przecież oni są najważniejszą częścią klubu. Była atmosfera, awans… Potem wszystko się rozmyło. Szkoda, że prezesi nie zdołali porozumieć się z fanami. Frekwencja byłaby dużo wyższa. Znacznie przyjemniej oglądałoby się mecze. Nie oszukujmy się, na meczach Energii jest trochę mniej ludzi i stadion jest nieco cichszy, niż podczas spotkań MKS. Przypominam sobie mecz pomiędzy MKS i rezerwami Energii, w którym zagrałem. Było tak, jak kiedyś.

    Grzegorz Seremak nie należy jednak do Stanisławic, Paradyża, Warki, czy Zwolenia, lecz do Kozienic. Możemy jeszcze liczyć na powrót do kozienickiego klubu?

    Pytanie, do którego? I co ja tutaj mogę powiedzieć… Chyba tylko: Houston, mamy problem! (śmiech). Staram się nigdy nie mówić „nie”, bo w życiu bywa różnie. Być może za pół roku skończę przygodę w Stanisławicach i wrócę do Kozienic. Wiadomo, że wiek też robi swoje i przyjdzie odpowiedni czas, aby zająć się trenerką. Nie stawiam się jednak na straconej pozycji jako piłkarz, bo uważam, że w obu klubach dałbym sobie jeszcze radę.

    Powrót do Energii byłby chyba jednak dużo cięższy. Z pewnością masz żal za styl rozstania.

    Nie ulega żadnej wątpliwości, że w ten sposób nie powinno się postępować. Jeżeli nie chciano ze mną dłużej współpracować, wystarczyło mi to powiedzieć przed rozpoczęciem okresu przygotowawczego. Nie kombinować, nie cudować, tylko po prostu wziąć jednego, czy drugiego gościa i powiedzieć mu wprost – chłopie, odmładzam drużynę, dziękuję Ci za grę. To wszystko. Tylko trzeba to zrobić z jakimś honorem i mieć w sobie trochę z człowieka. Nie można zostawiać kogoś na lodzie na tydzień przed rozpoczęciem rozgrywek. W zimie też miała miejsce dosyć dziwna sytuacja, kiedy chłopakom z Kozienic znacznie obcięto wypłaty, szczególnie w stosunku do grupy radomskiej, którą potraktowano zdecydowanie łagodniej. Część naszych miała dostawać na przysłowiowe frytki. Nic dziwnego, że niektórzy zrezygnowali. Ktoś może powiedzieć – masz pracę, z głodu nie umrzesz. W porządku. Tylko, że budżet też trzeba planować. Przychodzę na treningi nie po to, żeby sobie postać, posiedzieć, czy poleżeć, ale też po to, żeby zarobić jakieś pieniądze. Sposób, w jaki mnie pożegnano z pewnością nie należał do najprzyjemniejszych.

    A gdyby teraz ktoś jednak zmienił front i chciałby Cię widzieć z powrotem w klubie, siadłbyś do rozmów?

    Raczej nie. W Energii jest obecnie takie zarządzanie klubem, że przez najbliższe pół roku najprawdopodobniej nic się nie zmieni. Poza tym teraz skupiam się na pracy w Stanisławicach.

    Wspomniałeś, że KP wygrał batalię o Ciebie dzięki zapewnieniu możliwości poprowadzenia drużyny. Tak Cię do tego ciągnie?

    Jeszcze do niedawna przed trenerką broniłem się, jak tylko mogłem. W wyższych ligach ciężko jest grać i jednocześnie prowadzić zespół. W A, czy B klasie jest trochę łatwiej, ale w IV lidze zadanie jest dużo trudniejsze. Dlatego na początku odrzucałem myśli o tym fachu. Miałem co prawda 1,5-roczny epizod w Warce, gdzie grałem i prowadziłem drużynę w okręgówce i w IV lidze. Jakoś nam szło, ale w dłuższej perspektywie byłoby to zbyt męczące. Zarząd też miał mi za złe, że zamiast skupić się na oglądaniu meczu z ławki, wciąż wychodzę na boisko. To było powodem mojego rozstania z tym klubem, bo chciałem jeszcze pograć.

    Cały czas mówisz o prowadzeniu seniorów. Nie myślałeś, aby spróbować sił w szkoleniu młodzieży?

    Seniorów jest o tyle łatwiej trenować, że mają już pewne nawyki, umiejętności, które już ciężko podnieść, można je raczej podtrzymywać. Z młodzieżą jest trudniej. Dzieci mają rozbiegane myśli, charaktery, trudno je upilnować. Oczywiście bardzo przyjemnie jest obserwować ich rozwój. Im lepiej grają, tym bardziej człowiek się cieszy. Z seniorami pracuje się jednak łatwiej.

    Obserwujesz grupy trenujące w Energii, MKS czy AP Nasze Nadzieje?

    Mówiąc szczerze, przez ostatnie pół roku nie miałem czasu na nic. Najpierw do pracy, trening w Energii, zajęcia z drugą drużyną, a w weekendy wyjazdy na mecze. Było naprawdę ciężko.

    Nie uważasz, że można było zagospodarować do szkolenia młodzieży takich zawodników, jak choćby Tomasz Lampe, czy Jarosław Kulik? Nie sądzisz, że nieco o nich zapomniano?

    Każdy układa swoje życie tak, jak sam tego chce. Tomek chyba pracuje za granicą, Jarek w Warszawie. Niby jest trochę takich zawodników, ale z drugiej strony nie ma aż tylu grup młodzieżowych. Do piłki garnie się coraz mniej dzieci. Wcześniej etaty też były pozajmowane – byli Marian Pakuła, Ryszard Kupis, Adam Kłos i kilku innych trenerów. Do dzisiaj w Kozienicach funkcjonują osoby, które muszą „coś” trenować. Każdy z zawodników wybrał więc swoją drogę i trzeba to zrozumieć.

    Skoro jesteśmy przy szkoleniu – dlaczego w IV-ligowej Energii jest tylko jeden młodzieżowiec rodem z Kozienic?

    Rzeczywiście, został tylko Mateusz Matysiak. Reszta rozpierzchła się po innych klubach, bądź skończyła z grą w piłkę. Wiek juniora powoli kończy najstarsza grupa, prowadzona przez Ryszarda Kupisa, ale tych zawodników jakoś nie widać w pierwszym zespole. O taki stan rzeczy trzeba pytać albo właśnie trenera Kupisa, albo Pawła Potenta, który jest też koordynatorem ds. szkolenia młodzieży w tym klubie.

    A może młodzi piłkarze z Kozienic giną na pewnym etapie szkolenia z jednego, prostego powodu: braku pełnowymiarowych boisk treningowych z prawdziwego zdarzenia w naszym mieście?

    Młodzież trenuje na boisku przy ul. Wiślanej, a każdy wie, jakie tam są warunki. Trenować się praktycznie nie da, tym bardziej, jeżeli chodzi o dzieci. Starzy mogą się jeszcze pomęczyć, ale młodzi już nie. Na infrastrukturę w naszym mieście nie mam wpływu ja, nie ma go też klub. Boiska na pewno brakuje. Takie miasto, jak nasze, powinno mieć dużą płytę ze sztuczną nawierzchnią. Przydatne byłoby też boczne boisko naturalne. Trzeba jednak pamiętać, że dzieci swoje mecze rozgrywają na pełnowymiarowych placach. Dlaczego potem nie są w stanie poradzić sobie w seniorach? Wydaje mi się, bo też nie jestem tego pewien, że po prostu dostają zbyt mało szans. Pojawia się presja wyniku i po jednym, czy dwóch meczach zawodnik jest odsyłany do innego klubu. Może o to właśnie chodzi? Nie ma co porównywać się z tymi największymi klubami, bo tam poziom szkolenia jest o niebo wyższy, ale zawodnicy wychodzą także choćby z Pionek. Dlaczego u nas tego brakuje? Nie wiem. Za moich czasów dwóch-trzech zawodników z każdego rocznika wchodziło do seniorów. W tej chwili nie jest w stanie przebić się nawet jeden. Obserwuję młodych ludzi przychodzących do klubu. Mają mankamenty, ale są do ogarnięcia. Niestety, za szybko tracą zapał lub są odpalani.

    Jak zmieniało się szkolenie na przestrzeni lat, które spędziłeś w Kozienicach?

    Kiedyś większy nacisk kładziono na siłę, niż technikę i trening z piłką. W wieku juniora młodszego byłem już dość dobrze rozwiniętym fizycznie chłopem, więc grałem w swojej kategorii, w juniorach młodszych, a także dostawałem wezwania na mecze seniorów. Teraz jest więcej techniki, taktyki, jest dużo więcej sprzętu. Kiedyś były tylko pachołki i koszulki. Musieliśmy sobie radzić, ustawiając piłki, patyki, czy kamienie. Klubu nie było stać na nowinki techniczne, a i nie były one łatwo dostępne. Teraz mamy drabinki, markery, tyczki i inne cuda na kiju. Kiedyś, jak człowiek dostał buty Polsportu, to był prawdziwy szał-pał! Zmieniła się też baza treningowa. My trenowaliśmy na piachu w warunkach ekstremalnych. Zajęcia odbywały się choćby w lesie za trybuną. Trener wyznaczał dwa drzewa na które trzeba było zdobyć bramkę. Miały miejsce różne, ciekawe sytuacje (śmiech). Nawet w seniorach w III lidze, kiedy oszczędzaliśmy główne boisko, trenowaliśmy w podobny sposób. Miło się to teraz wspomina.

    Docierały do nas głosy, że nawet w Energii tego sprzętu brakowało.

    Odkąd pamiętam w Kozienicach nigdy nie było rewelacji, jeżeli chodzi o sprzęt. Zawsze były braki. Raz brakowało piłek, innym razem butów, a jeszcze kiedy indziej koszulek. Normalnie pod tym względem było tylko za kadencji trenera Witolda Mroziewskiego. Wydano wówczas mnóstwo pieniędzy na ten cel, bo wiadomo – szkoleniowiec chciał zrobić w Kozienicach wielką ligę. W zimę zakupiono kurtki wyjściowe, dresy treningowe, piłki, dwa, czy trzy komplety strojów meczowych… Wszystko jednak trzeba potraktować z przymrużeniem oka, bo wiemy, jak to się skończyło. W KS Kozienice-Janików też było trochę sprzętu, komplety Adidasa, a potem Nike. Wraz ze zmianą nazwy na Energię sponsor zażyczył sobie zmiany koszulek, doszło choćby logo. Stare stroje miały zostać przekazane drugiej drużynie i juniorom, ale z tego, co wiem, wszystko zginęło, gdzieś się zawieruszyło.

    I nikt nie wie, gdzie to jest?

    Ten, kto wie, to wie. Ja nie wiem. Nowy sprzęt jest natomiast do tej pory, nie tak dawno sam go zdawałem. Piłki się natomiast zużywają szybciej i nic dziwnego, że trzeba je wymieniać.

    Nie uważasz, że błędem jest przekazywanie pieniędzy od sponsorów seniorom? Może w Kozienicach powinny one zostać skierowane na młodzież?

    Pierwsza drużyna zawsze ma priorytet. To dzięki niej do klubu garnie się młodzież. Gdy w MG MZKS w III lidze osiągaliśmy dobre wyniki, adeptów nie brakowało, na treningach były tłumy. Powiedzmy sobie szczerze – młodzież zawsze traktowana była i jest troszkę po macoszemu. Niekompletne stroje, nieco zużyte piłki i wiele innych rzeczy nie pierwszej nowości trafia do drużyn juniorskich. Ale to nie jest jedynie ból Kozienic, tak jest w każdym mniejszym klubie. W większych podział finansów jest stabilniejszy. U nas pieniądze idą na grupy młodzieżowe, gdy pierwszy zespół ma już wszystko zapewnione. Tak jest w Kozienicach, ale i w Zwoleniu, Pionkach czy Radomiu. Nie mnie to jednak oceniać, rolą prezesa jest tak gospodarować środkami, aby każda drużyna była w miarę zadowolona. Nigdy w to nie wnikałem, interesowała mnie jedynie strona piłkarska.

    Myślałeś o swoim meczu pożegnalnym? Kibice w Kozienicach o Tobie pamiętają i z pewnością tłumnie przybyliby zobaczyć „Serka” w towarzystwie starych kolegów z boiska. Po prostu podziękować Ci za te wszystkie lata gry, za emocje, za bramki…

    Byłoby to bardzo miłe, ale jeszcze nie skończyłem gry. Jeżeli będę już pewny, że czas przestać kopać piłkę, wówczas będę się starał taki mecz sobie zorganizować. Nie chcę, żeby ktoś robił to za mnie. Z pomocą kilku osób dam radę. Odchodząc z Energii razem z Edkiem Czaplarskim dostaliśmy propozycję oficjalnych podziękowań ze strony klubu podczas jednego z meczów rozgrywanych w Kozienicach. Zrezygnowaliśmy z tego. Nie jest to potrzebne. Weźmy pod uwagę fakt, że choćby Sebastian Ogonek, czy Jacek Procki nie mieli takiego podziękowania, a zrobili dla Energii dużo więcej, niż ja. Spośród byłych zawodników MG MZKS przyszedłem do klubu najpóźniej, więc nie sądzę, żebym szczególnie zasługiwał na jakieś splendory. Strzeliłem po prostu kilka goli, więc wiele nie zawojowałem dla Energii. Nie czuję się osobą ważną dla tego klubu. Kiedyś przyjdzie czas na moje pożegnanie.

    Zerknij na to zdjęcie:

    Kiedy doczekamy się zawodnika na takim poziomie, wywodzącego się z Kozienic?

    Nie wiem, ale byłoby miło. Niewielu zawodników powiązanych z naszym miastem grało gdzieś wyżej. Czekamy na to. Czekamy na nowego „Lewego” z Kozienic (śmiech)!

    A co z życiem poza piłką? Gdzie podziewa się Grzegorz Seremak?

    Pracuje, grilluje, poświęca czas rodzinie. Odpoczywam po tych zakręconych sześciu miesiącach. Troszkę poruszałem się z kumplami na orliku. Czas płynie nieco wolniej.

    Chyba trzeba się będzie jeszcze bardziej przyłożyć do pracy – w końcu córka wyjeżdża na studia.

    Musiałem się z tym liczyć, jakieś pieniądze się zarabia. Rok temu zmieniłem pracę, teraz trzeba się w niej utrzymać, bo jest ciężko.

    Ale energii chyba Ci nie odetną?

    Pomimo Oli na studiach bankructwo chyba mi nie grozi (śmiech)!

    Komentarze

    O serwisie

    Jesteśmy grupą niezależnych dziennikarzy, której sprawy Kozienic nie są obojętne. Z uwagą śledzimy lokalną politykę, przyglądamy się problemom z jakimi borykają się nasza rodzina, sąsiedzi i znajomi. Cieszymy się z sukcesów sportowych i wkurzamy z powodu dziurawych ulic. Nie mamy sformalizowanej redakcji. Zajmujemy się różnymi rzeczami, a ten serwis jest naszą oddolną inicjatywą. Jest tworzony przez kozieniczan i dla kozieniczan.

    8 komentarzy do „Trzeba mieć w sobie trochę z człowieka”. Przeczytaj szczery wywiad z Grzegorzem Seremakiem, legendą kozienickiej piłki nożnej!

    1. Robert
      30 sierpnia 2013 o godz. 09:12

      Panie Grzegorzu, po co te żale?. Ma Pan ponad 40 lat i trzeba granie kończyć. A co do przysłowiowych frytek… to chyba nie chce Pan powiedzieć że grał Pan do tej pory za darmo..

    2. Aleksandra
      30 sierpnia 2013 o godz. 10:30

      Panie Robercie, to nie ekstraklasa, więc myślę, że 40-tka nie jest wielką przeszkodą żeby troche jeszcze pobiegać po boisku 😉 a tak poza tym, to zacytuję: ” (–>) Część naszych (<—) miała dostawać na przysłowiowe frytki". Więc jak już się Pan zabiera za komentowanie, to warto czytać ze zrozumieniem 🙂 pozdrawiam

    3. Robert
      30 sierpnia 2013 o godz. 11:41

      Rozumiem, że nie wszyscy tzw „nasi”, mieli dostawać na „frytki”. Rodzi się pytanie skąd taka solidarność w tej chwili ? Jak dobrze pamiętam były takie czasy kiedy Pan Grzegorz jako jedyny biegał w podstawowym składzie w MZKSie i nie pamiętam aby solidarnie upominał się o innych wychowanków. Co do wieku, proszę przyjść na mecze w IV lidze i zobaczyć co potrafią dwudziestolatkowie z innych miast..

    4. 30 sierpnia 2013 o godz. 17:00

      Pisze z pracy, brak polskich znakow, emigracja.
      Nie jezdzilismy na mecze MZKS-u kibicowac Grzeskowi Seremakowi, Pawlowi Potentowi, Kubie Pilatowi i wielu innym wspanialym chlopakom, aby teraz ktoregokolwiek ktokolwiek opluwal. Gowniarstwo niech siedzi na dupie. Tak jak powiedzial Grzesiek, kazdy ma prawo do wlasnej drogi, chce to gra, nie to nie i nikomu nic do tego, wara. Judasze to rozkradli MZKS Kozienice, teraz maja swoje twory i szukaja poklasku. Troche z czasm rozjechalismy sie po swiecie, ale pamietamy. Jak szczelisz polowe bramek co grzesiek to mozesz cos negatywnego mowic o nim. Najwiecej odzywaja sie zawsze barany, ktorze nie poczuli tematu, nie znaja tego potu, bulu po kontuzjacg, goryczy porazki i radosci zwyciestwa. Moze przychodzi to z wiekiem, ale nie znosze juz jak ktos nie wie o czym mowi.

    5. olka
      5 września 2013 o godz. 13:36

      Jeśli Pan Grzegorz jest w stanie jeszcze grać w przyzwoitej lidze pomimo przekroczonej 40, to dlaczego kluby nie interesują się „gwiazdą”. Odpowiedź jest chyba prosta ………….! Trzeba umieć odejść z godnością, kiedy jest na to czas.

    6. kamil999.91@o2.pl
      7 września 2013 o godz. 13:29

      Panie Robercie pan pyta po co te żale a jak może tak postepowaci klub pan grzegorz trenował grał w sparingach a nagle tydzień przed sezonem podziękować mu za prace co za żondy w tym klubie pozostało tylko 3 zawodników z kozienic reszta to zbieranina zawodników ze wszystkim klubów prawie z okolic takich jak radomiak broń radom mazowsze grójec orzeł wierzbica iłża pionki a wyników jak niebyło tak niema a pan grzegorz chociaż ma 40 lat jest bardzo dobrym napastnikiem trzelał bramki a napastnika rozlicza sie ze szczelonych bramek a pan grzegorz wywiązywał sie tego znakomicie.A co do tych napisów to jeden debil z drugim po wypisywali nie mieli odwagi powiedzieć to prosto w oczy chorzy ludzie to pisali ile kozienicka piłka panu zawdziecza bramek punktów w tabeli powdzenia w stanisałwicach samych zwycięstw króla szczelców i zdrowia .

      • Hubert
        11 września 2013 o godz. 11:00

        Popieram w 100 % zdanie jacek.zabek@gmail.com.
        Najczęściej krytykują Ci, którzy niewiele osiągnęli w temacie o którym się wypowiadają

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *